Komary :/
listopada 30, 1999 -
Posted by Administrator
in Bloggies
Ostatni weekend postanowiłam spędzić na leniuchowaniu w Radawie. Plan był prosty: troszkę słoneczka, troszkę spacerków, chwila na rowerku, słodkie nic-nie-robienie. Spakowałam wszystkie niezbędne rzeczy zaczynając od czapeczki i filtru przeciw słońcu, a kończąc na środku odstraszającym komary i pojechałam zrealizować plan :)
Przyjechałam do Radawy i pierwsze co rzuciło mi się w oczy to krążące w poszukiwaniu ofiary znienawidzone przeze mnie komary (mam uczulenie i TAAAAAAAAAAAAAKIE bąble). Ale co tam, przecież byłam sprytniejsza i kupiłam spray w aptece! :) Niestety, spray nie chciał ze mną współpracować i nie rozpylał się kiedy próbowałam go rozprowadzać. Nie zraziło mnie to specjalnie, odkręciłam buteleczkę i rozsmarowałam go po skórze... a wtedy jak na komendę zaatakowały mnie te małe, podłe grrr komary (może mnie Pani aptekarka źle zrozumiała kiedy powiedziałam "krem na komary"). Musiałam się ratować i uciekać z cienia (punkt pierwszy planu zrealizowany!). Na słoneczku było lepiej- nie gryzło mnie 10 komarów na raz, tylko trochę mniej. I nawet udawało im się omijać twarz!
Niestety, musiałam zejść na chwilę ze słońca i na szybko opracować drugą linię obrony. Pierwszy pomysł- kadzidełka- zupełnie nie trafiony. Uparły się na mnie i nie zrażał ich ani zapach ani dym. No może nie do końca tak. Samo kadzidełko w bezpośrednim zetknięciu z komarem zrażało jak najbardziej skutecznie i jak najbardziej na zawsze, ale musiałabym operować takim kadzidełkiem z prędkością co najmniej dźwięku, a takiej umiejętności jeszcze nie posiadłam (chociaż po tym weekendzie jestem temu bardziej bliska niż kiedykolwiek).
Kolejna linia obrony- leżący na stole żel ze sklepu. Działał 40 minut! Moje małe zwycięstwo: bestie zbliżały się do mnie, skradały i kiedy już miały usiąść i ukąsić, zawracały. I moja mała porażka: nie posmarowałam palców u nóg, w związku z czym jednego ugryzły z pod spodu i z góry. Od tej pory chodzenie nie było takie jak zawsze, nie mówiąc już o palcu który ledwo mieścił się pomiędzy pozostałymi.
Kiedy żel przestawał działać nadszedł czas na kolejną linię obrony: olejek waniliowy lub goździkowy. Podobno niesamowicie skuteczne, jednak w domku- brak. Wyprawa do sklepu na nogach z opisanych wcześniej powodów odpadła (i tym samym nie został zrealizowany punkt drugi planu), ale na szczęscie mogłam jechać na rowerze. Niestety, w sklepie olejków nie było.
Wróciłam zrezygnowana i oddałam się słodkiemu nic-nie-robieniu. Już nawet przestałam zabijać gryzące mnie komary, w efekcie czego pożarły mnie w czoło, które spuchło jak nigdy wcześniej. Przynajmniej omijały oczy...
Następnego dnia bąble powróciły do standardowych rozmiarów i komary zaczęły atakować od początku.. Po weekendzie miałam 27 ugryzień na plecach i 12 w okolicy lewego kolana i dalej bałam się liczyć. Wszystkim wybierającym się do Radawy radzę zabrać pachnące wanilią lub goździkami olejki (choć jeszcze ich nie przetestowałam), dobry żel przeciw komarom, kompleks witaminy B do zjedzenia (zasłyszane, nie testowane), dużo dobrego humoru i cierpliwości :)